Mały czy nieliczny? Kilka uwag na kanwie gorących relacji polsko-litewskich
Categories: Felietony
      Date: 17-12-2010
     Title: Mały czy nieliczny? Kilka uwag na kanwie gorących relacji polsko-litewskich
Nie tylko Polacy żyją historią. Drobiazgowe rozpamiętywanie, klasyfikowanie i szufladkowanie doznanych krzywd oraz zapomnianych przez innych zasług nie jest wyłącznie domeną Polaków.

Nie tylko Polacy żyją historią. Drobiazgowe rozpamiętywanie, klasyfikowanie i szufladkowanie doznanych krzywd oraz zapomnianych przez innych zasług nie jest wyłącznie domeną Polaków. Rzeczpospolita była krajem Obojga Narodów – stąd też co najmniej dwa narody są jej historycznymi, ale i mentalnymi spadkobiercami. Litwini są dużo bardziej do Polaków podobni, niż Polacy przypuszczają, a Litwini to sobie wyobrażają. Niepodważalne jest jednak kryterium ilościowe różniące obydwa narody i wpływające również na sposób reagowania – mierzone procentem mieszkańców w stosunku do zamieszkujących oba kraje mniejszości narodowych.

Polaków i Litwinów wiele łączy. Wspólne obchody 600. rocznicy bitwy pod Grunwaldem czy ustanowienie przez Sejm polski i litewski roku 2011 rokiem Czesława Miłosza na pewno zbliżeniu tych narodów służy. Niestety, ostatnie wypowiedzi polskich i litewskich polityków oraz towarzyszące im artykuły prasowe nie napawają optymizmem: „Litwa jest krajem, z którym mamy dziś najgorsze stosunki w Europie” – brzmiała wypowiedź anonimowego polskiego dyplomaty dla „Gazety Wyborczej”. Czy jest aż tak źle? Co powoduje, że taki ton zdaje się dziś dominować w doniesieniach prasowych? Czynników oczywiście jest kilka. Do najczęściej wymienianych należy problem pisowni polskich nazwisk i miejscowości. Temperatura sporu zdaje się z dnia na dzień rosnąć, tym bardziej, że kolejne komentarze dolewają tylko oliwy do i tak nieźle już płonącego ognia. W takim kontekście należy rozpatrywać wypowiedź Justinasa Karosasa, szefa komisji spraw zagranicznych Sejmu Litwy, który 19 października 2010 roku powiedział: „Jeśli oni [Polacy] chcą mieszkać na Litwie, muszą się do niej zbliżać, a nie oddalać od niej. Ci, którzy chcą inaczej, niech jadą do Polski, przecież jest swoboda przepływu”. Tylko dyplomata nazwałby tę wypowiedź niefrasobliwą – każdy człowiek dyplomatą nie będący znalazłby inne określenie. Polacy na Litwie uważają, że litewskie władze widzą w nich „piątą kolumnę”, którą należy za wszelką cenę zasymilować, tym bardziej, że mniejszość polska zamieszkuje stołeczny region wileński. Polska pisownia w nazwach ulic czy nawet rozkładach jazdy autobusów kłuje w oczy litewskich urzędników. Rząd litewski swoją politykę względem mniejszości tłumaczy troską o nie i chęcią wyrównania szans młodzieży. W myśl tej logiki, jeśli młodzi ludzie przejdą wszystkie etapy kształcenia w szkołach, gdzie językiem nauczania nie będzie język litewski, to nie osiągną sukcesu zawodowego na litewskim rynku pracy i w związku z tym czeka na nich co najwyżej etat pomocnika na budowie. Twierdzenia takie trudno nazwać uproszczeniem – są po prostu krzywdzące dla wszystkich mniejszości na Litwie, które stanowią aż 17% obywateli.

Lektura polskich serwisów informacyjnych powstających nad Wilią nie pozostawia złudzeń, że temperatura sporu na Litwie jest dużo wyższa, niż to widać przez pryzmat prasy wydawanej nad Wisłą. Nie wróży to dobrze przyszłym relacjom, tym bardziej, że kwestia mniejszości polskiej to nie jedyny punkt zapalny. Kolejną, być może z politycznego i gospodarczego punktu widzenia nawet ważniejszą sprawą jest kwestia rafinerii w Możejkach. Polski Koncern Naftowy, kupując litewskie zakłady, nie mógł przewidzieć, ile problemów przyniesie ten zakup. Orlen, pełniący strategiczną funkcję w regionie, a kontrolowany przez polski rząd, co chwila nie potrafi porozumieć się z rządem litewskim. Lista problemów jest długa i chyba już tylko niepoprawni optymiści mogą się łudzić, że główny problem leży w opieszałości litewskiej biurokracji.

Czarne chmury w relacjach polsko-litewskich zbierały się od jakiegoś czasu, ale nikt nie potrafił przewidzieć, czy te obłoki się rozwieją, czy raczej wyleją z siebie groźną ulewę. Na wiosnę tego roku, będąc na spotkaniu z byłym już dziś ambasadorem Litwy w Polsce, Panem Egidijusem Meilūnasem, odniosłem wrażenie, że rozwiązanie przywołanych wyżej problemów jest już tylko kwestią czasu. Niestety, myliłem się. Parlament Litewski kolejny raz odrzucił ustawę dotyczącą pisowni polskich nazwisk, a tory kolejowe do łotewskich portów, ułatwiające zaopatrzenie rafinerii w Możejkach, nadal nie są wyremontowane. Takie postępowanie dziwi, ponieważ Polska jest największym partnerem handlowym Litwy, a Litwini – według słów Pana Ambasadora – jeśliby przeliczyć ilość towarów eksportowanych z Polski w przeliczeniu na jedną osobę, byliby największymi partnerami handlowymi Polaków. Obustronna polityka doprowadziła jednak do obecnej burzy.

Już wkrótce Polska obejmie przewodnictwo w Unii Europejskiej. Obecne zaostrzenie relacji polsko-litewskich odczytywałbym również właśnie w kontekście polskiej prezydencji. Warszawa wysłała do Wilna wyraźny sygnał, że oczekuje uczciwości we wzajemnych relacjach, ponieważ nie będzie już dalej popierać Litwy z czystej sympatii. Litwini, jak domniemywam, wiedzą również, że do przeprowadzenia w Unii własnych inicjatyw potrzebują od Polski czegoś więcej niż zimnej neutralności. Może chłodna kalkulacja ostudzi gorące głowy i pozwoli wypracować satysfakcjonujące obie strony porozumienie.

W relacjach polsko-litewskich, jak już chyba w żadnych innych relacjach Polski, cały czas czkawką odbija się wspólna historia. Być może Polska właśnie dlatego straszy Litwę, żeby się tej czkawki pozbyć. Wiemy dobrze, że historii już nic nie zmieni, natomiast to, jak zapiszemy jej kolejne karty, zależy tylko i wyłącznie od nas. Podejście do innych narodów, a szczególnie mniejszości zamieszkujących własną ojczyznę, jest najtrudniejszym sprawdzianem obywatelskiej postawy. Wyrażam nadzieję, że Litwini ten egzamin zdadzą i w Europie nie będzie się mówiło, że są narodem małym, tylko nielicznym – za to wielkim duchem!